Ludowe Wojsko Polskie do 1981.

Za „komuny” czytaj PRL-u, służba wojskowa była przymusem. No i tak przyszła pora na mnie. Zostałem wezwany do Wojskowej Komendy Uzupełnień w Gdańsku. Bez żadnych ceregieli miałem być przydzielony do Marynarki Wojennej. Szczena mi wówczas opadła. Dalsze trzy lata na państwowym wikcie?! Szczęśliwym zbiegiem okoliczności w 1967 r. utworzono w wojsku nowy korpus osobowy: chorążowie. To miała być pośrednia kadra dowódcza. W tym celu powołano Szkoły Chorążych Dla chłopców po zawodówkach. Zaś szkoły oficerskie miały ulec likwidacji a karda oficerska miała być wyłącznie po studiach.

I tak zostałem słuchaczem trzyletniej Szkoły Chorążych Personelu Technicznego Wojsk Lotniczych „po radiu” w Technicznej Oficerskiej Szkole Wojsk Lotniczych w Oleśnicy Śląskiej.

Jako chłopach z bidulca i faceta, który zajmował się najbrudniejszą stoczniową robotą, czyszczeniem zęz na statkach; szokiem dla mnie wówczas było, że posiłki w okresie unitarnym podawały nam kelnerki. To się jednak skończyło i na posiłki udawaliśmy do stołówki żołnierskiej. Żołnierze z zasadniczej służby wołali za nami „kompoty”, bo wcześniej do obiadów mieliśmy wodnisty napój nazywany kompotem. Mimo pewnych turbulencji szkołę tę ukończyłem pomyślnie. Pod koniec drugiego roku nauki miałem dość wojska. Chciałem zrezygnować. Okazał się, że gdybym nie zaliczył wówczas egzaminów, to zostałbym skierowany do odbycia zasadniczej służby wojskowej na dalsze trzy lata. Do Marynarki Wojennej albo do wojsk rakietowych, gdzie trzeba by służyć jeszcze trzy lata. Takim to sposobem zostałem zmuszony do ukończenia tej szkoły. W tym miejscu wypada tylko wspomnieć o olbrzymiej indoktrynacji jakiej nas poddawano. Jakie ja wówczas głupoty opowiadałem to tu nie będę powtarzał.

Źródło: „Wf, sport, turystyka w Wojsku Polskim”, 1970, nr 10-12/104.

Po ukończeniu Szkoły Chorążych z tytułem: „technik wojsk lotniczych w zakresie specjalności eksploatacja samolotowych

urządzeń radioelektronicznych” skierowano mnie do 15 Samodzielnej Eskadry Rozpoznawczej Lotnictwa Marynarki Wojennej. I tak rozpocząłem latanie wokół samolotów: bombowców IŁ-28 i UT MIG-15 Art. To były starocie i wymagało od nas dużo pracy, aby to to utrzymać w gotowości bojowej. Jeden z kolegów załatwił sobie przeniesie do Warszawy. Jego mieszkanie służbowe byłoby puste. Więc za zgodą przełożonych, zajęliśmy je. To była często stosowana praktyka. A o mieszkania było trudno, pomimo że był to leśny garnizon. To był wspaniały okres mojego życia. Młodość! Wysoka sprawność! Wspaniali ludzie! Ciekawa praca. Miłość! Rodzina. Dzieci.

Nauka nigdy nie sprawiał mi kłopotu. Chciałem się dalej uczyć. Zgłosiłem to dowódcy jednostki. Okazało się, że aby dostać się do Wojskowej Akademii Technicznej (WAT), po zdaniu egzaminów wstępnych, trzeba najpierw zaliczyć dwuletni WUML = Wieczorowy Uniwersytet Marksizmu Leninizmu. Cóż było robić? Dla dwudziestokilkuletniego faceta dwa lata to żaden problem. Więc zaliczyłem ten WUML. Tyle że to był RUML Ranny UML. Zajęcia odbywały się w soboty w klubie garnizonowym. Przychodziła nawet bufetowa, a my studenty zaopatrzeni w napoje roztrząsaliśmy problemy. Na zaliczenie każdego roku RUML przysługiwał nawet urlop. W pierwszym roku 7 dni a pod koniec drugiego roku 14 dni. Tak więc ukończyłem ten RUML i dopiero teraz mogłem zdawać na WAT. Zdałem egzaminy, ale nie miałem dostatecznego poparcia i nie zostałem studentem WAT.

Moje ręce „paprały się”. Był to wynik stałego kontaktu ze smarami i różnymi płynami występującymi w samolotach oraz stałą pracą na świeżym powietrzu. Służbo, dzięki własnym staraniom, zostałem przeniesiony do Zespołu Informatyki Marynarki Wojennej (ZIMW) w Gdyni. Tu już nie było takiej serdeczności i wzajemnego zaufania jaka łączy personel latający z personelem technicznym w lotnictwie. W 1977 r. po zdaniu egzaminów zostałem wieczorowym studentem Politechniki Gdańskiej Wydział Elektroniki. Dzięki szczerym kontaktom z „cywil banda” mój stosunek do Świata uległ bardzo poważnej zmianie. Studia ukończyłem bez dziekanek. Złożyłem i obroniłem z kolegą wspólną pracę dyplomową w 1982 r.

Po strajkach SIERPIEŃ 1980 miałem mieć służbę oficera dyżurnego ZIMW. Służba trwała 24 godz. Głównie polegało to na pilnowaniu obiektu ZIMW. Wówczas było to w Gdyni Płyta Redłowska. W pomieszczeniu oficera dyżurnego ZIMW była przechowywana broń osobista kadry ZIMW [pistolety P-64 CZAK kaliber 9 mm] ze skrzynką amunicji. 12-09-1980 r. nieopatrznie przed objęciem tej służby w niewielkim gronie „kolegów” chlapnąłem:

– Trzeba będzie kogoś dla przykładu zastrzelić.

Dosłownie po kilku minutach zostałem wezwany do kierownika ZIMW. Ten rozkazał odstawić mnie pod eskortą do psychiatry 7 Szpitala Mar. Woj. w Gdańsku Oliwie. Tym sposobem zakończyła się tak dobrze zapowiadająca się kariera żołnierza zawodowego. Dzięki psychiatrom nabyłem prawa emerytalne. Wystawiali mi zwolnienia lekarskie aż będę miał 15 lat zaliczanych do służby wojskowej. Tym sposobem 6-08-1982 r. w wieku 33 lat zostałem najmłodszym emerytem na rencie lub rencistą na emeryturze. Zaś od 2000 roku jestem inwalidą całkowicie niezdolnym do pracy i samodzielnej egzystencji.

 

 

Dodaj komentarz