R.10. Bez rodowodu… 7. Druga refleksja.

Moim skromnym zdaniem: domy dziecka i młodzieży, domy małego dziecka, pogotowia opiekuńcze i milicyjne izby dziecka powinny być zamierającymi formami opieki i wychowania dzieci i młodzieży. Placówki te są na ogół wyobcowane i odizolowane od życia rodzinnego. Zbyt wielka jest różnica między życiem w takiej placówce a życiem w rodzinie. Niemal każdy po wyjściu z domu dziecka kompletnie nie jest przygotowany do samodzielnego życia. Życie to przecież nie tylko czynności samoobsługowe. Każdy kto był w domu dziecka nauczony jest żyć wyłącznie konsumpcyjnie, na cudzy rachunek, nie dając od siebie w zamian niemal nic. Takie błędy wychowawcze są naturalną cechą tych placówek. Zbyt brutalna potem jest rzeczywistość. Dlatego moment przekroczenia „dorosłości (18lat ?) jest dla młodych ludzi bardzo bolesny i frustrujący. Niekiedy potrzeba kilku lat, aby stanąć na własne nogi i jako tako zespolić się ze społeczeństwem, aby nikt nie musiał patrzeć z politowaniem na byłych wychowanków domu dziecka. Nikt nie lubi litości. Niestety, nie zawsze wystarcza sił, aby pokonać te wszystkie przeciwności losu i wówczas następuje ucieczka od życia w alkoholizm, lub co ostatnio jest modniejsze – narkomanię. Stamtąd już, niestety, niemal nie ma powrotu. Często wówczas słyszy się uwagę „on (ona) był w domu dziecka”. To niemal wszystko wyjaśnia. Gdy byli młodsi też to wszystko wyjaśniało. Gdy coś zginęło w klasie, na koloni lub w innym miejscu, a w gronie byli oni, też wszystko było jasne. Zawsze zaczynało się od przesłuchania lub rewidowania tego – z domu dziecka. Nikt zazwyczaj nie stanął w obronie takiego dziecka czy młodzieńca. Zawsze i niemal w każdych okolicznościach w takich sytuacjach wszystko było i nadal jest jasne…

Na poparcie swojego wniosku przytoczę, może zbyt obszerny, ale wymowny cytat Urie Bronfenbrennera. Nie dotyczy on co prawda domów dziecka, ale ma swoją wymowę, a o to właśnie mi przede wszystkim chodzi. „Jednocześnie jednak inne badania wykazują, że nawet matka, u której trudno dopatrywać się kwalifikacji do pełnienia tej roli, może w znacznym stopniu pobudzić rozwój głęboko upośledzonego dziecka, jeżeli tylko stworzy warunki sprzyjające ukształtowaniu się między nią a dzieckiem silnej i trwałej więzi uczuciowej. Najpoważniejszym tego dowodem jest znakomite studium Skeelsa (1966). Zainteresował się on losami osób, które 30 lat wcześniej, gdy zaczynał swój eksperyment – badał jako dzieci upośledzone umysłowo przebywające w zakładach specjalnych. Podzielił je wówczas na grupę eksperymentalną i kontrolną. Pierwszą stanowiło trzynaścioro dzieci trzyletnich, które oddano pod opiekę stanowego zakładu dla upośledzonych umysłowo z tym, że każde dziecko trawiło do innej „sali”.

Dzieci z grupy kontrolnej pozostawiono w dotychczasowym, również zakładowym, środowisku – sierocińcu dla dzieci. Po półtora roku, bo tyle przeciętnie wynosił oficjalny czas trwania eksperymentu, w grupie eksperymentalnej stwierdzono podniesienie się ilorazu inteligencji średnio o 28 punktów (od 64 do 92), w grupie kontrolnej natomiast ujawnił się spadek ilorazów inteligencji średnio o 26 punktów. Po zakończeniu eksperymentu udało się znaleźć osoby, które zgodziły się na prawną adopcję dzieci oddanych „matkom” zakładowym. W trzydzieści lat później ustalono, że wszystkich trzynaścioro badanych z grupy eksperymentalnej utrzymywało się samodzielnie, jedenaścioro ukończyło szkoły średnie, a cztery osoby miały za sobą przynajmniej rok studiów college’u. Wszyscy badani z grupy kontrolnej albo zmarli wcześniej, albo nadal przebywali w zakładach (U. Bronfenbrenner, Czynniki społeczne w rozwoju osobowości, „Psychologia wychowawcza” 1970, nr 2).

Dlaczego nie przeprowadza się u nas badań nad losami byłych wychowanków domów dziecka? Byłoby to bardzo interesujące badania, z których należało by wyciągnąć odpowiednie wnioski (Zob. J. Raczkowska, Państwowy dom dziecka, Stan aktualny i możliwości doskonalenia, „Problemy Opiekuńczo – Wychowawcze” 1980, nr 10). Z moich obserwacji i informacji wynika, że byłyby to często bardzo smutne, a nawet tragiczne opisy losów wychowanków domów dziecka. To przecież u nas mówi się, że człowiek jest najwyższym dobrem. Powinno się więc temu największemu dobru stworzyć najwłaściwsze warunki dla jego prawidłowego i harmonijnego rozwoju.

Dzieciństwo to przecież przedsionek życia. Za nim dopiero zaczyna się to wszystko, co powoduje, że człowiek cieszy się tym, co nazywamy życiem, i nie chodzi tu przecież o byle jakie życie, ale o życie szczęśliwe – życie, z którego czerpie się pełnymi garściami jak z zaczarowanego źródła obfitości, które zaspokaja potrzeby zarówno fizjologiczne, duchowe, jak i materialne. Przejście przez ten przedsionek życia ludzkiego jest najważniejsze. Od niego zależy bowiem wszystko. Brudu bałaganu nie przyćmi potem nic! Nawet najwspanialszy obraz choćby był w złocie i diamentach, bo na to aby to docenić trzeba wiedzieć co to jest piękny obraz i złoto i diament. Gdy przychodzi się z dołów gdzie nie ma miejsca na miłość, tam nie wolno wymagać miłości i przyjaźni. Obraz, złoto i diament może okazać się tylko nic nie wartym świecidełkiem, na które po prostu nie zwraca się najmniejszej nawet uwagi.

Dzikim egzotycznym zwierzętom buduje się ogrody zoologiczne. Nie zamyka się ich tam jednak w klatkach, aby każdy mógł je sobie dokładnie obejrzeć, ale stwarza się warunki maksymalnie zbliżone do naturalnych, gdyż w przeciwnym wypadku zwierzę po prostu zdycha. Podobnie ma się rzecz z roślinami. Chcąc je hodować należy stworzyć im warunki naturalnego bytowania. Podobnie jest i z człowiekiem. Wymaga naturalnego środowiska, a tym środowiskiem od tysięcy lat była i na razie jeszcze jest rodzina. Prawdziwa rodzina! Rodzina, której nie grożą rozwody. Rodzina, która jest złączona ze sobą na dobre i złe. I nie prawdą jest, że rodzina dobra to taka, gdzie jedno z rodziców jest z wykształcenia pedagogiem. Jak dotąd nie stwierdzono prostej zależności między wykształceniem a efektem pracy wychowawczej.

Jakie jeszcze formy życia można zapewnić dzieciom porzuconym przez rodziców, zgodnie z obowiązującymi przepisami prawnymi? Czy odpowiadają one naturalnej potrzebie dziecka? Istnieje wiele form zapewniających opiekę dzieciom, o których jeszcze nie wspomniałem. Źle by było gdybym przedstawił tu tylko swój stosunek do już omawianych instytucji. Mamy przecież takie formy opieki nad dzieckiem, jak adopcja, rodzina zastępcza, rodzinne domy dziecka i ogniska wychowawcze. Do wszystkich tych form ustosunkuję się kolejno w dalszej części. Zupełnie odrębnego podejścia i potraktowania wymaga zagadnienie: specjalnych zakładów wychowawczych, zakładów poprawczych i wychowawczych, schronisk dla nieletnich i grup półwolnościowych. To zagadnienie jest już całkowitym tematem tabu. Nie podejmuję się w tym miejscu omawiać tego tematu. Mogłoby to spowodować niepotrzebne rozrośnięcie się tego opracowania i zagubienia celu jaki sobie postawiłem.

ATP Felieton Natura Rodzina Życie

Dodaj komentarz